Obywatel nr 2/2005 (22)
Polska pochłonięta jest przez katastrofę bezrobocia, zapaść sfery publicznej, słabej edukacji, do tego nie udało się stworzyć nowoczesnych sektorów gospodarczych. Niektórzy mówią, że staliśmy się zbędni w sensie gospodarczym. Wielu z nas czuje się bezsilnymi wobec tego. Czy tego typu problemy można jeszcze usiłować rozwiązywać z pozycji państwa narodowego, którego władza przecież znacznie się kurczy?
Z.B.: Historia ostatniego piętnastolecia to m.in. dzieje kompromitacji i etycznego bankructwa polskich elit politycznych, frustracji społecznych w efekcie oczekiwań rozbudzonych przez ich obietnice i wyczerpania się kapitału zaufania, jakimi elity te na wyrost obdarzono. W tym też trzeba upatrywać głównych przyczyn "poczucia bezsilności", jakie Pan słusznie w Polsce odnotowuje, a nie w tym, że zakres swobody rządów państwowych kurczy się za sprawą globalizacji. Wprawdzie globalne wędrówki kapitałów są zaiste globalne i drwią sobie ze wszystkich suwerenności państwowych jednako, ale ze świeczką wypadałoby w Europie szukać takiej polaryzacji szans i perspektyw życiowych, jaka się u nas dokonuje. Na przykład rządy Danii, Norwegii czy Szwecji trzymają się wytrwale zasady gwarancji jednostkowego prawa do godziwego życia, co jest żyrowane przez wspólnotę, zaś w Hiszpanii czy Anglii przywraca się dziś wiele z nieopatrznie skasowanych wcześniej świadczeń społecznych i siatek ochronnych - i jakoś nikt im z tego powodu głowy nie urwał, a na finansowe bankructwo także się u nich nie zanosi. Poczucie bezsiły i niemożności, o jakim Pan powiada, wynika z powszechnej niemal utraty wiary, że jakakolwiek ekipa polityczna zechce się zająć dobrem społecznym raczej niż partyjnym i że ktoś zatroszczy się o coś więcej niż o to, co się w Anglii pogardliwie nazywa jobs for the boys (czyli, w luźnym tłumaczeniu, "ciepłe posadki dla kumpli"), a także, iż partie zajmą się czymś więcej niż odwracaniem uwagi społeczeństwa od własnego nieróbstwa, przy pomocy spektakularnych skądinąd wzajemnych pomówień i dyskredytacji.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Patrząc na to, co dzieje się z polskim górnictwem, stwierdzam, że za cały ten bałagan, za wyprowadzone z górnictwa olbrzymie pieniądze, za spółki tworzone na koszt kopalń dla kolesi, za łajdacką gospodarkę polskim węglem, za złodziejskie praktyki - płaci jedynie nic nie rozumiejący górnik. Górnik przenoszony na odległe kopalnie albo zwalniany. Górnik nieumiejący nic innego robić i ze zniszczonym zdrowiem. Górnik nieprzystosowany i zupełnie zagubiony w tym sterowanym bałaganie. Wreszcie górnik bezczelnie oszukiwany przez swoich związkowych przywódców. Cwaniaki z zawieszonymi emeryturami, kierujący niezliczonymi spółkami powstałymi na bazie i na rzekome usługi kopalń, funkcyjni, niezatapialni związkowcy - o byt i pracę się nie martwią. Nie boją się o to również ci, którzy sobie i im te fuchy stworzyli: w razie potrzeby mogą liczyć na rewanż. Rządzący "fachowcy" od lat uparcie nie zauważają przekrętów, złodziejstw i mafijno-familijnych powiązań. No cóż, łatwiej zamknąć kopalnie niż uprzątnąć stworzone przez siebie szambo. Tym bardziej, że jeszcze trochę kopalń zostało, więc cały ten układ można jeszcze ładnych parę lat pociągnąć. W razie konieczności - znowu zamknie się kilka kopalń. Powoli, wszak nie zarzyna się kury, która znosi złote jajka. Znosi je oczywiście wybranym - akurat tym, którzy przy niewdzięcznej, górniczej robocie napracowali się najmniej.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Jednym słowem: za wszelką cenę nie pozwala się byłym górnikom zarobić na swoje utrzymanie. Tak samo jest z biedaszybami. W myśl obowiązującego w Polsce prawa, każda eksploracja gruntu poniżej 50 cm w głąb jest karana, ponieważ wszelkie złoża na tej głębokości należą do Skarbu Państwa. Wspomniane przepisy są główną przyczyną prześladowania "kopaczy" przez straż miejską, policję i sądy. Praktycznie wszyscy z nich posiadają przynajmniej jeden wyrok z racji nielegalnego wydobycia surowców (za co grozi do 3 lat pozbawienia wolności). Dodatkowo sprzedaż węgla zagrożona jest zarzutem paserstwa. Około 200 osób miało z kolei sprawy sądowe o sprowadzenie powszechnego niebezpieczeństwa, za co grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności. Kuriozalne represje miały parę razy miejsce wobec osób pracujących razem z górnikami, którzy stracili życie w wypadkach podczas wydobycia węgla z biedaszybów. Osobom tym postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Prawodawstwo to jedna strona medalu, drugą jest respektowanie tego prawa. Podczas rozmów z wieloma górnikami można się dowiedzieć o bardzo częstych aktach nieuzasadnionej brutalności ze strony policji i straży miejskiej. Jesienią 2004 r. w dzielnicy Podgórze oddział policji po zatrzymaniu górników część z nich pobił, wszystkich zakuto w kajdanki i lżono. Nikt nie śmiał zgłosić skargi na takie zachowanie, ponieważ każdy z górników ma sprawę w sądzie lub wyrok w zawieszeniu. Innym razem kilku "kopaczy" otrzymało informację o nadjeżdżającym patrolu policji, wyszli więc z szybu i zaczęli spacerować po lesie. Policjanci mimo to skuli kajdankami kilku górników - jeden z kopaczy zaczął dokumentować to zdarzenie przy pomocy aparatu fotograficznego, za co został powalony na ziemię i poturbowany, zaś w sądzie postawiono mu zarzut... napaści na funkcjonariusza policji. Poza tym, że górnicy są lżeni, bici, karani za, jak mówią, zarabianie na chleb dla dzieci, urobek jest często rekwirowany przez straż miejską i policję. W niektóre miejsca stróże prawa przyjeżdżają regularnie dwa razy dziennie. Zabierane są także samochody służące do transportu węgla oraz narzędzia.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Na przestrzeni kilkunastu lat zlikwidowano w jednym sektorze 180 tys. miejsc pracy, co oznacza, że średnio cztery razy tyle osób - górnicy i ich rodziny - zostało pozbawionych głównego źródła dochodów. Wbrew propagandzie zwolenników Thatcher, nie powstało wiele nowych miejsc pracy - w każdym razie nie w dawnych górniczych społecznościach, gdzie do dziś bezrobocie sięga 20-30%. Około 90 tys. byłych górników nie znalazło żadnej stałej pracy, a większość nowych posad jest znacznie gorzej płatnych niż w kopalniach. W dawnych górniczych osadach o kilkadziesiąt procent wzrósł poziom przestępczości, wiele z nich przypomina strefę wojenną. Panuje tam nie tylko bieda - znacznym problemem jest nawet... analfabetyzm. Zniszczono także coś więcej niż etaty przy wydobyciu węgla - stabilizację społeczną, kilkudziesięcioletnią tradycję i styl życia górniczych osad, a także wiarę tysięcy ludzi w to, że rząd służy dobru obywateli. To wszystko nabiera dodatkowego znaczenia, gdy wiemy, że całkiem liczne były przypadki zamykania rentownych kopalń. Że fałszowano raporty i analizy, byle tylko wykazać konieczność likwidacji. Że Thatcher odmawiała dopłat do górnictwa, uzasadniając to zasadami wolnego rynku, lecz hojnie wspierała z budżetu energetykę atomową i przemysł wydobywczy ropy naftowej i gazu. Na pewno częściowe reformy górnictwa były potrzebne, ale wielu ekspertów twierdzi, że przy rozsądnej polityce gospodarczej można było to robić wolniej i bez konieczności likwidacji niemal całej branży. Znaczna część kopalń miałaby do dzisiaj rację bytu - mogły być rentowne lub obciążać budżet nie bardziej niż koszty bezrobocia, biedy i dewastacji górniczych społeczności.
Obywatel nr 2/2005 (22)
(Nie)polska i (nie)zależna
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Taka prasa tylko z pozoru jest lokalna czy regionalna. Tworzy się ją wedle jednej, centralnej receptury, ekipa redakcyjna niejednokrotnie składa się ze "spadochroniarzy" mających za zadanie wykreować w jakimś miejscu "produkt" od zera. Zanika więc lokalny koloryt i specyfika, co widać nawet po formie gazet - są one coraz bardziej podobne do siebie, oparte na bazie jednej "słusznej" makiety. Twórcy takich gazet są sprawni warsztatowo - często bardziej niż naprawdę lokalni dziennikarze - ale jednocześnie niezaangażowani emocjonalnie w autentyczne "tutejsze" problemy. To po prostu produkt mający zagospodarować jedną z nisz rynkowych - tymczasem wiele prawdziwych lokalnych gazet tworzono nie tyle czy nie tylko z chęci zysku, ale z potrzeby serca, chcąc mieć trybunę do głoszenia treści nurtujących przynajmniej część miejscowej społeczności. Ciekawa jest także kwestia różnorodności. Tu dochodzi do tak groteskowych zjawisk, jak "konkurowanie" na tym samym terenie dwóch gazet "lokalnych", należących do tego samego właściciela. Do niedawna na Górnym Śląsku mieliśmy "konkurencję" w wykonaniu "Trybuny Śląskiej" i "Dziennika Zachodniego", z których pierwsza miała profil bardziej lewicowy, a druga prawicowy. Obie często przekomarzały się, która jest lepsza, ma wyższy nakład i cieszy się większym zaufaniem czytelników. Cały problem w tym, że oba pisma... należały do tego samego, niemieckiego właściciela. Kilka miesięcy temu "konkurencja" się skończyła - szefostwo koncernu uznało, że "Dziennik Zachodni" radzi sobie lepiej i to na jego rozwój warto stawiać, więc "Trybuna Śląska" zniknęła z rynku, a dotychczasowi lewicowi dziennikarze piszą teraz - jak na komendę i oczywiście całkiem niezależnie - do gazety o profilu centroprawicowym...
Obywatel nr 2/2005 (22)
Reporterskie potyczki z władzą – z notatnika praktyka
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Przykłady przedmiotowego traktowania dziennikarzy można mnożyć bez liku, a lista ta z każdym dniem jest coraz dłuższa. Przytoczę kilka dla ilustracji problemu. Kiedy "Tygodnik Podhalański" opublikował serię artykułów o przekrętach w zakopiańskim Urzędzie Skarbowym, instytucja ta bardzo rygorystycznie zaczęła sprawdzać finanse gazety. Dziennikarka lokalnej gazety w małym miasteczku na Kaszubach sprowokowała burmistrza do wizyty w redakcji, po tym, jak opublikowała artykuł opisujący niestosowne zachowanie samorządowca i jego podwładnych podczas publicznej imprezy. Potem odbierała przez jakiś czas telefony z sugestiami, by więcej do sprawy nie wracała. Ale są też sytuacje o wiele bardziej groźne. Dziennikarze są zastraszani, bici, szykanowani przy załatwianiu prywatnych spraw w urzędach. Robert Grygiel, reporter "Pałuk", opisał zatrudnianie przez jednego z lokalnych urzędników prominenckich dzieci, nieposiadających właściwych kwalifikacji, w powiatowych instytucjach samorządowych. Jeden z opisanych urzędników wydzwaniał do redakcji z pogróżkami. Widywano go pod domem dziennikarza w towarzystwie podejrzanych typów. Kolega dziennikarza opisujący inną miejscową aferę opłacił dociekliwość złamanym nosem. Innego rodzaju nacisk stosowany jest też przez lokalnych decydentów jeśli chodzi np. o zamieszczanie ogłoszeń o przetargach itp. Lokalna władza, często jeden z bardziej znaczących reklamodawców w budżetach małych redakcji, może manipulować zawartością gazety, wpływać na decyzje wydawców i redaktorów naczelnych o tym, co i jak się pisze.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Dyrektorzy PKP chlubią się tym, że kolej dowożąc kruszywo współuczestniczy w procesie budowy autostrad. Tymczasem władze Kolei Czeskich dawno już zrozumiały, że jedynym, co może ich łączyć z samochodami, jest zażarta konkurencja. Jej elementy widać na każdym kroku. Jednym z głównych celów czeskiej taryfy biletowej jest stworzenie oferty korzystniejszej od możliwości dawanych przez motoryzację indywidualną. Bilety grupowe (z ulgowymi cenami) w Czechach oferowane są dla grup składających się z co najmniej... 2 osób. Wbrew pozorom ma to swoje uzasadnienie - przy zwykłej taryfie dwóm osobom zazwyczaj bardziej opłacałoby się jechać samochodem niż koleją. Co więcej, zakup biletu grupowego w Czechach następuje wtedy, gdy po podejściu do kasy poprosi się o np. trzy bilety tej samej relacji. Bez formalności, a więc zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas bilety grupowe przysługują grupom liczącym co najmniej 10 osób. Przy zamówieniu przejazdu grupowego konieczne jest wypełnienie zamówienia opatrzonego pieczątką zakładu pracy, szkoły czy uczelni oraz personaliami i numerem dowodu osobistego osoby odpowiedzialnej za grupę... Inna oferta, która ma stawić czoła podróżom samochodowym to SONE+. Jest to tani bilet ważny całą sobotę lub niedzielę dla pięcioosobowej rodziny. Hasło reklamowe tego familijnego biletu brzmi: szczęśliwy dzień bez samochodu.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Konsekwencją tego wszystkiego jest paradoks, że każde kolejne zwycięstwo polityczne osłabiało "Solidarność", wykrwawiało ją. Wydawało się, że kompromitująca klęska AWS skutecznie wyleczyła Związek z politycznych ambicji. A jednak! Wśród związkowej kadry odżywają tęsknoty za powrotem do polityki. Trudno się temu dziwić. "Solidarność" reprezentuje istotny segment klasy pracującej: wierzącej, patriotycznej, konserwatywnej obyczajowo, nastawionej antykomunistycznie. Ta grupa społeczna powinna mówić własnym głosem. Problem w tym, że nie ma w Polsce liczącej się partii, z którą robotnicy "Solidarności" mogliby się identyfikować. Nie jest to żadne z ugrupowań lewicowych - ani lewica postkomunistyczna, ani ta "nowa": feministyczna, antyklerykalna, progejowska. Z drugiej wszakże strony nie można zapominać, że ci konserwatywni robotnicy mają określone interesy ekonomiczne, sprzeczne z interesami pracodawców - interesy, których związek zawodowy musi bronić. Dlatego bezwarunkowe wiązanie się z którąś z prawicowych partii politycznych uważam za bardzo ryzykowną drogę na skróty. Drogę, która zaprowadzi niektórych działaczy na listy wyborcze (czy nawet do parlamentu), ale która dla większości związkowców może okazać się ślepym zaułkiem.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Do więzień, obywatele!
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Może przydałoby się kilku strażników na osadę, może paru techników, może trochę jakichś nauczycieli, ale oprócz tego to już chyba tylko ekipa realizacyjna, bo skoro telewidzowie to lubią, to czemu by przy okazji nie produkować i nie sprzedawać reality show? No, chyba tylko dlatego, żeby się ludzie nie pchali do takich więzień: być może jedynych enklaw współpracy, zatrudnienia, odpowiedzialności, pozbawionych telewizji, korków drogowych, podatków, urzędów, przemocy - brzmi to trochę zbyt zachęcająco. Skoro jednak coraz więcej państw oferuje swym obywatelom eutanazję, czyli dostęp do kary głównej, czy nie można by pozwolić im na wybór mniejszego wyroku?
Obywatel nr 2/2005 (22)
Najważniejszy efekt "pomarańczowej rewolucji" to przełom psychologiczny, jaki dokonał się w społeczeństwie ukraińskim - zdobyło ono poczucie własnej siły. Zrozumiało, że jest suwerenem, a w każdym razie, że coś od niego zależy. Poczucie to zapewne jest szersze niż liczba uczestników wszystkich demonstracji - zwycięstwo ma nie tylko wielu ojców, ale i wielu współświętujących. To jest już inne społeczeństwo i nie ma takiej siły, która mogłaby ów stan zmienić. Stalin proces ukraińskiego odrodzenia w USRR lat 20. złamał czystkami i przede wszystkim sztucznie wywołanym głodem, w trakcie którego zginęło 3-4 mln Ukraińców. Nie ma dziś ani na Ukrainie, ani poza nią siły mogącej powtórzyć coś takiego, toteż proces przemiany umysłów, jaka się dokonała, należy uznać za nieodwracalny.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Przez jakieś przeoczenie urzędników, którego w żaden sposób nie potrafię wyjaśnić, ciągle jeszcze wolno nam pisać prywatne listy i wysyłać je, korzystając ze skrzynek pocztowych. Generalny dyrektor poczty nie pisze wszystkich listów za nas. Nawet miejscowy listonosz nie ma jeszcze takich, nadanych przez lokalne władze, uprawnień. Nie mogę pojąć, jak to się stało, że reformatorzy nie zauważyli potrzeby ujednolicenia, zreorganizowania, skoordynowania, skodyfikowania i połączenia w jedną całość tego skomplikowanego i nieekonomicznego systemu czy raczej braku systemu. Na pewno przecież zdarzają się przypadki powielania tych samych czynności, gdy na przykład sześciu dżentelmenów pisze listy do tej samej młodej damy. Z pewnością mają miejsce przypadki niskiego poziomu wykształcenia u osób piszących listy, czego skutkiem mogą być liczne błędy ortograficzne i gramatyczne w ich korespondencji. Na pewno powstaje wiele niedobrych nawyków: niemądrzy ludzie piszą do swoich synów mieszkających w zamorskich koloniach albo do matek przebywających w przytułkach. Całą tę anarchię i rozprzężenie można by powstrzymać za pomocą prostego zabiegu standaryzacji korespondencji. Już widzę, jak pan H. G. Wells podchwytuje z radością słowo "standaryzacja" i zaczyna brać mój wywód na poważnie (a rzeczywiście z miejsca otwierają się przede mną możliwości przeprowadzenia szerokich reform społecznych).
Obywatel nr 2/2005 (22)
Czarna księga komunizmu (uniwersyteckiego)
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Przez Polskę przewala się fala dyskusji nad lustracją i dekomunizacją. To, co powinno być zrobione w okresie transformacji, spóźnione jest już o całe 15 lat. Na ogół postuluje się, aby dekomunizacja obejmowała głównie polityków, czasem także wymieniani są dziennikarze. A co z profesorami? Dlaczego studenci mają się uczyć w salach imienia wybitnego autorytetu moralnego i intelektualnego, który był tajnym albo jawnym współpracownikiem sił zniewalających polski naród? Dlaczego naukowe dokonania towarzyszy partyjnych opiniują członkowie dawnej podstawowej organizacji partyjnej albo biura politycznego? Dlaczego Akademia Nauk Społecznych rozwiązana została jedynie formalnie, bo realnie funkcjonuje na innych uczelniach? Dlaczego b. członkowie POP PZPR i Biura Politycznego mają gwarantowane akademickie etaty (nieraz wiele etatów) niemal dożywotnio, a ich ofiary są bezetatowe? Takich pytań można by postawić wiele. Prezes IPN w jednym z wywiadów powiedział: "Trądem w sposób szczególny były dotknięte szkoły wyższe". Problem w tym, że trąd ten nadal panuje w pałacu nauki i edukacji.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Lepiej nie przyjeżdżajcie – turystyka w Polsce
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Fatalna informacja jest chyba największą barierą dla podróżnych. Biało-żółte tradycyjne tablice odjazdów i przyjazdów z podanymi trasami i przystankami pociągów są tylko na największych dworcach, a i tak występują w ilościach zgoła śladowych. Dochodzą do tego częste zmiany rozkładu jazdy, bowiem czasy, gdy w PKP rozkład ustalano na cały rok, minęły już dawno i obecnie całość pogrąża się w coraz większym bałaganie, a kolejne tomy uzupełnień do rozkładu są zwykle grubsze niż sam rozkład. Typowa tablica przyjazdów i odjazdów na stacji kolejowej jest pełna poprawek, skreśleń i nabazgranych uwag. W Krakowie na Dworcu Głównym korekty naniesiono zresztą tylko na jednej tablicy. Inne pozostawiono niemal nietknięte mimo zmian w rozkładzie, na co miałem okazję się naciąć, przychodząc z kolejnym cudzoziemcem (tym razem Niemcem) na pociąg dawno już wykreślony z rozkładu. Takich dezinformacji jest znacznie więcej. Niekiedy lepszą informację o połączeniach znajdziemy w miejscowym biurze informacji turystycznej niż na dworcu PKP. Tak było m.in. w Zamościu.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Niemniej jednak życie w Kanadzie i USA jest dla większości ludzi względnie łatwe. Na dole piramidy społecznej przypomina ono często życie niższych kast opisanych w "Nowym wspaniałym świecie" - okres względnie lekkiej pracy, a następnie "rozrywka" nieobarczona żadnymi ograniczeniami w kwestii poszanowania sacrum, religii, historii czy dobrego smaku. Dla wyższych klas życie jest bliskie ironicznemu powiedzonku z antyutopii Huxley'a: "powinniśmy być dorośli w pracy a infantylni w naszych rozrywkach". Stało się także możliwe, w większym stopniu niż było to kiedykolwiek wcześniej w historii ludzkości, "świętowanie" w miejscu bardzo odległym od tego, gdzie się zwykle mieszka. Dlatego widzimy turystów z Zachodu "zalewających" różne mniej lub bardziej popularne miejsca wypoczynku. Ma również miejsce trend, który można nazwać "turystyfikacją" rdzennych kultur, przekształcanych w rodzaj skansenu czy muzeum na potrzeby przybyszów z Zachodu. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że umysł i dusza puste przed wycieczką turystyczną nie wzbogacą się nagle nawet po najbardziej spektakularnych wrażeniach kulturalnych i przyrodniczych.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Mówią słowa
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Bo przecież narzędzie, które człowiek wymyślił, skonstruował, aby mu służyło, rozrośnięte w gigantyczny przemysł, opanowuje swego stwórcę, i to człowiek z kolei staje się narzędziem, zębatką, która posłusznie, machinalnie, obraca się w tej Machinerii. Poddani machinacjom Przemysłu, kierowanego duchem konsumpcjonizmu, na ogół nie widzimy naszego uzależnienia. Lecz sam język, który jest jak papierek lakmusowy ukazujący ukrytą rzeczywistość, mówi nam o tym. Posłuchajmy go, on objawi nam lepiej aniżeli socjolodzy i psycholodzy, kim się stajemy, kim jesteśmy. Gdy na przykład widzimy chłopa tnącego kosą trawę, powiemy: chłop kosi (w domyśle - kosą). Gdy jednak na pole wjedzie kombajn, powiemy: kombajn kosi (w domyśle - człowiekiem). W naszej mowie człowiek staje się już tylko częścią maszyny. "Uważaj, samochód jedzie!" - ostrzegamy kogoś na ulicy. Nigdy: "Uważaj, człowiek jedzie samochodem!". Kierowca jest dla przechodniów częścią niebezpiecznego wehikułu, najważniejszą co prawda, mózgiem, ale już nie człowiekiem. Ja poruszam się po mieście rowerem i co prawda niejednokrotnie słyszę matkę przestrzegającą dziecko: "Uważaj, rower jedzie", ale często dociera do mych uszu: "Uważaj, pan jedzie na rowerze". Rower nie jest jeszcze urządzeniem odczłowieczającym, on stanowi przedłużenie mych nóg, tak jak kosa przedłużenie chłopskiego ramienia. Nie jestem jeszcze samochodem.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Werner Schwab: wsadza nóż między jej nogi
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
W sztukach Schwaba treść wykluwa się z eksperymentów na języku, zdawałoby się niewinnych, a jednak ich odbiorcy wzdrygają się na wyobrażenie świata przez niego kreowanego, świata, który zdaje się tonąć w fekaliach. Czy faktycznie Schwab nie miał do zaproponowania nic więcej niż fekalia i nurzanie się w nich? Skoro tak, to czego tłumy reżyserów, aktorów i większe jeszcze tłumy odbiorców szukają w jego sztukach? Najprostszym rozwiązaniem, czytelnym, ale i schematycznym, więc obrażającym inteligencję Schwaba, a zarazem rozwiązaniem wybraniającym odbiorców przed zarzutem o zboczenie, będzie włożyć austriackiego dramaturga do szufladki z napisem "nowi brutaliści", co miałoby oznaczać bezkompromisowy ogląd, w sensie krytycznym, naszej rzeczywistości. Tkwi zapewne w takim ujęciu sprawy ziarno prawdy, bowiem wnika Schwab w obrzydliwe rejony rzeczywistości, podsuwając odbiorcy odpowiedź na temat jej - i tworzącego ją człowieka - kondycji.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Refleksje powyborcze
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
W tym kontekście e-mailowe kampanie amerykańskich muzyków należy według mnie traktować pozytywnie, ponieważ pokazują, że nie są oni osobnikami wyobcowanymi ze społeczności, lecz raczej aktywnie realizują potencjały wynikające z ich szczególnego statusu. Samo zaangażowanie się w kampanię też chyba jest zjawiskiem pozytywnym, o ile oczywiście uznamy, że poparcie Kerry'ego jest najlepszą alternatywą wobec Busha. Jak już wspomniałem, nie mnie to oceniać. Ryzyko łopatologii jest jednak przytłaczające i dotyczy zarówno samej sztuki, jak i działań pobocznych. Smutnym na to dowodem aktualny wygląd strony internetowej A Perfect Circle. Pozostaje więc mieć nadzieję, że listopadowa fala demokratycznej aktywności jest oznaką pozytywnego trendu w stronę krytycyzmu wobec panującego porządku. Obawiam się jednak, że mamy do czynienia ze specyficzną modą, przynoszącą przy okazji niezłe zyski. Przecież Dżordża Dablju nikt nie lubi, aż wypada sprzeciwić mu się ironiczną piosenką lub podniosłym protest-songiem. Kto zwróciłby uwagę na nowy album Green Day, gdyby nie zatytułowali go "American Idiot"? Pozostaje więc życzyć sobie czterech spokojnych lat rządów Dżordża i kilku przynajmniej dobrych, a nie koniunkturalnie uwarunkowanych płyt zainspirowanych jego personą.
Obywatel nr 2/2005 (22)
"Aleksander" Olivera
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Tym, co wyróżnia Aleksandra Stone'a od przeciętnej superprodukcji, jest postawiony widzowi wymóg posiadania elementarnej wiedzy historycznej i literackiej. Nieustanne odnoszenie życia bohatera do mitologii (postacie Achillesa, Heraklesa, Prometeusza czy Medei znaczą życie Macedończyka - tak wspaniałe, jak tragiczne) "laikowi" nie pozwoli zrozumieć motywacji jego działań. Film ten, choć niedoskonały (znalazłoby się kilka dłużyzn), dzięki intelektualnemu podejściu reżysera oraz niezwykłej, oddanej z wyczuciem detalu scenografii i wspaniałym zdjęciom wciąga widza w starożytny świat i dzieje wielkiego wodza.
Obywatel nr 2/2005 (22)
„Człowiek bez pracy” (powieść w odcinkach – cz.11)
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Otóż, rozwiązanie, które przyszło mu na myśl, przyszło tak późno chyba właśnie dlatego, że było tak proste. Skoro nie może nigdzie znaleźć Pracy, skoro nikt go nie chce i jednocześnie skoro tylko Halinka go chce, to po prostu powinien pracować u niej. A najprościej, aby tak się stało, jest: założyć rodzinę. I Halinka będzie pracowała w tej swojej Pracy, a on będzie gospodynią domową i nianią gromadki ich dzieci. Genialne! Przecież to jest właśnie to długo oczekiwane rozwiązanie jego życiowego problemu, zawierające zarazem spełnienie wszystkich marzeń o znalezieniu bezpiecznej bazy przepełnionej wprost ludźmi, którym może się na coś przydać.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Kronika Kontrasa
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim, jak każde tego typu wydarzenie, było dla mnie okazją do głębokiej zadumy. W tym potwornie przeludnionym świecie każda katastrofa będzie teraz największa. Często mam kłopoty z odpowiedzią na dla niektórych znajomych ciekawe pytanie: czy jestem prawicowcem, czy lewicowcem? W tym kontekście muszę wyznać, iż bardziej żałowałem azjatyckich biedaków niż europejskich - a szczególnie polskich - turystów, czyli internacjonalistyczna, klasowa solidarność jest u mnie silniejsza od solidarności narodowej. Z drugiej strony nie chciałbym, żeby ci biedacy tu przywędrowali i zaczęli się mnożyć bez opamiętania, czyli znowu znajomi nie będą wiedzieć, czy mówię poważnie, czy żartuję. Wydaje mi się także, iż rząd powinien rozważyć przetrzymywanie tych paskudnych, niszczących Matkę Ziemię turystów w jakichś punktach kwarantanny po powrocie z obszarów ptasiej grypy czy SARS-u, żeby nam - "chcącym żyć i pracować w pokoju" - czegoś paskudnego nie przywlekli.
Obywatel nr 2/2005 (22)
"Ironezje"
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
"Ucz się synu - ucz!"
Ktoś gwazdrał na płocie:
"Nauka to potęgi klucz! -
A potęga zwie się - BEZROBOCIE!".
Obywatel nr 2/2005 (22)
Uczucia moralne wymagają pewnej bezinteresowności. Jeśli patrzymy na drugiego człowieka wyłącznie instrumentalnie, wówczas ludzie stają się martwymi przedmiotami. Nie są podmiotami moralnymi, celami samymi w sobie, lecz środkami do realizacji czyichś interesów. Jeśli instrumentalnie patrzy tylko władza - jak to ma miejsce w systemach totalitarnych - ludzie wciąż czują więź między sobą, choćby dlatego, że czują, iż są zdani na własną pomoc. W systemach demokratycznych, rozwiniętych wokół gospodarki rynkowej, nie ma nawet tego. Bezdomny jest rywalem bezdomnego, żebrak uliczny musi wykazać się sprytem i bezwzględnością, aby pokonać konkurencję. Do świadomości wszystkich sączy się, niczym trucizna, pogląd, że człowiek człowiekowi jest wilkiem, a przyjaźń, troska czy miłość bliźniego istnieją tylko na kartach staromodnych powieści. System taki uczy wszystkich patrzeć na siebie instrumentalnie, uczy oszukiwać, wykorzystywać, naciągać, wyzyskiwać - i nazywa to przedsiębiorczością. Kiedyś przedsiębiorczym nazywano chłopaka, któremu udało się uwieść dziewczynę z dobrego domu. Pojęcie to nie było ani cnotą, ani wartością. Dzisiaj nikt nie chce dostrzec, że pojęcie to mieści w sobie więcej negatywnych niż pozytywnych cech, że w promowaniu takich cnót tkwi źródło moralnej zapaści, jaka dotknęła społeczeństwo.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Ład przestrzenny, "ładne" miasto jest efektem w miarę zgodnej współpracy wszystkich uczestników "gry w miasto". Uczestnicy tej gry: samorządy lokalne oraz inwestorzy powinni być partnerami rozgrywki - powinni mieć równe szanse. To warunek podstawowy. Ale taka gra się opłaca. W dłuższej bowiem perspektywie, dobre, "ładne" miasto zawsze wygrywa konkurencję z miastem brzydkim. Miasto, w którym ludzie chcą mieszkać (a więc płacić podatki), do którego inni ludzie chcą przyjeżdżać, by spędzić swój wolny czas, ekonomicznie wygrywa z miastem, z którego ludzie uciekają. W tej perspektywie park może być lepszą inwestycją niż kolejny supermarket. Bałagan, brzydota, nieład - na pewno są efektem braku świadomości estetycznej i wychowania w tym kierunku. Ład przestrzenny kształtowany jest również poprzez prawo i to prawo może być dobre lub złe. Może wzmacniać pozytywne tendencje i pomagać budować świadome i odpowiedzialne wspólnoty lub też pomagać załatwiać partykularne interesy kilku bogatym ludziom. Powiązanie tych dwóch bytów - wspólnoty i przestrzeni, w jakiej ta wspólnota żyje jest jednym z głównych celów polityki regionalnej prowadzonej np. w Wielkiej Brytanii, przez rząd Tony'ego Blaira. Może już czas, by na ten temat również w Polsce poważnie podyskutować. Nie tylko na towarzyskich spotkaniach architektów, urbanistów czy innych "estetów", ale w sejmie i senacie. W gminie. Na wiecu wyborczym.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Nieudolnie, czyli niemoralnie
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
W tym miejscu autor rozprawy "Ani triumf, ani zgon" wchodzi w konflikt z żenującym i modnym ostatnio polskim domaganiem się przeprosin od możnych tego świata, którym - zamiast polegać na sobie - zawierzyliśmy nasz los. Wskazuje przy tym, że i tak Anglosasi traktowali nas w tej mierze stosunkowo "moralnie" w porównaniu np. do swoich sojuszników na Bałkanach, którzy, tak jak Polacy, w pewnym momencie przestali być potrzebni, a nawet zaczęli przeszkadzać. Trudno jednak Polakom polegać na sobie, jeżeli za jedną z najważniejszych przyczyn wybuchu Powstania strona politycznie poprawna podaje wysoką temperaturę antyniemieckich nastrojów, a przede wszystkim nastrojów młodzieży. "Odkąd to dowódcy słuchają swoich podkomendnych?" - zapytuje na to Łubieński.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Mniejsi bracia i ich obrońcy
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Newkirk w "Wolności dla zwierząt" opowiada historię ALF widzianą oczami jednej osoby - założycielki amerykańskiego ALF, kobiety o imieniu Valerie. Wraz z nią jesteśmy kolejno świadkami kilku udanych akcji przeprowadzanych przez ALF, głównie na wschodnim wybrzeżu USA. Poczynając od uwolnienia małp z Silver Spring w 1981 r. (jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem działań pod szyldem ALF), poprzez uwolnienie psów z ośrodka amerykańskiej marynarki wojennej w Bethesda, zwierząt z Uniwersytetów Kalifornii i Pensylwanii, Miasta Nadziei, Rolniczego Centrum Badawczego w Beltsville, aż po uwolnienie szympansów z laboratoriów SEMA. We wszystkich tych przypadkach okazywało się, że przeprowadzane tam eksperymenty były albo bezsensowne z medycznego punktu widzenia (np. zaszywanie powiek małpom), albo stanowiły przykrywkę dla sadystycznych postaw części wiwisektorów (bo inaczej nie sposób tego nazwać), którzy przez całe lata powtarzali te same eksperymenty, skazując na śmierć tysiące zwierząt w potwornych męczarniach. Dla czytelników bulwersujące może być również to, że większości eksperymentów dokonywano na tak bliskich dla wielu osób zwierzakach domowych, jak psy, koty czy króliki.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Na „czwartą władzę” nie poradzę...
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Remuszko był - przypomnijmy - dziennikarzem "Wyborczej" w jej początkach, i odszedł zrażony tym, co wówczas w gazecie zobaczył. Po latach opisał swoje spostrzeżenia w książce "Gazeta Wyborcza - początki i okolice". Jak się wówczas okazało, o ile o Adamie Michniku można pisać różne rzeczy - że z Kiszczakiem się koleguje, że chroni różne nieciekawe persony przed lustracją, że obyczajowe brewerie na łamach promuje, że promuje ich za mało i zbyt tchórzliwie, i tak dalej - o tyle niekoniecznie można publicznie stawiać pytania o źródło potęgi jego gazety. A Remuszko zapytał właśnie o to, myśląc sobie, że niby czemu w wolnym kraju miałby nie pytać, a niezależne media nie mogłyby owego pytania podchwycić.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Nie lepiej jest z oddawaniem hołdu pamięci ofiar. Strażnicy Pamięci są coraz bardziej surowi i wymagający. Nie powinno się mówić Oświęcim, lecz Auschwitz, nie wolno modlić się pod krzyżem. Książki i filmy są zbyt uproszczone, nie oddają rozmiarów tragedii. W ostatecznej konkluzji dyskutanci zgodzili się, że właściwą formą jest medytacja. Polacy nie mają skłonności do medytacji, pogrążeni w żalu śpiewają. Moim zdaniem najdoskonalszą formą pamięci jest Symfonia żałobna Góreckiego. A ja w rocznicę wyjęłam pożółkłe kartki z balladą o Cesi, którą lubiła mała przyjaciółka mojej cioci, zabrana do Oświęcimia. W rocznicę nie mogłam oglądać dzienników. Prominenci i prezydenci w podniosłych deklaracjach piętnujący zło i zaraz po tym - kolorowe od krwi obrazki z Bagdadu, przygotowania do demokratycznych wyborów. Gdyby ci wszyscy Strażnicy Pamięci, sumienie świata, szczerze współczuli pomordowanym Żydom, Rada Europy, Rada Polityczna NATO, Rada Bezpieczeństwa i cały ONZ obradowałyby bez przerwy nad sposobem położenia kresu tej wojnie.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Rok 1998. Mariusz Biedrzycki, biolog, wydał książkę "Genetyka kultury", w której zajmuje się "memami" - takimi genami informacji, od których coraz bardziej zależy nasze życie, bo coraz więcej tych memów wytwarzamy. A mem raz wpuszczony do systemu jakim jest kultura, żyje własnym życiem. I ma - podobnie jak gen - jeden cel: przetrwać. I multiplikować się wedle następującej reguły: "Jeśli dany zbiór poglądów [czyli, po mojemu memów] jest sprzeczny z dotychczas obowiązującym, najpierw przechodzi fazę pobłażliwego lekceważenia, potem gwałtownej krytyki, a potem stopniowej akceptacji". Więc: myślenie ma kolosalną przyszłość, ponieważ ono nam tę przyszłość buduje. Więc: uważaj co myślisz, bo jak raz pomyślisz i wpuścisz w obieg, to już tam zostanie.
Obywatel nr 2/2005 (22)
Tymczasem dopóki pobierający lipną rentę Kowalski nie będzie traktowany jak zwykły złodziej, dopóty w Polsce nic się nie zmieni. Oligarchom i władcom dusz wcale nie przeszkadza rzesza drobnych oszustów żyjących z wyłudzeń. To, co jest dla nich groźne, to warstwa właścicieli pracujących na swoim i wytwarzających potrzebne towary wysokiej jakości, członków dobrze prosperujących spółek pracowniczych, spółdzielni, przyzwoicie wynagradzanych pracowników sfery budżetowej. Tacy samodzielni, o czystych sumieniach, twardo stojący na ziemi obywatele stanowią dla pasożytniczej klasy rządzącej istotne zagrożenie. Natomiast tłum drobnych oszustów, na hasło prawa do "godnego życia" co rusz wprowadzających się w stan histerii, to odpowiednik rzymskiego motłochu, którym manipulacja nie nastręcza większych kłopotów. Przy pomocy byle cudzoziemskiego szmatławca można ich łatwo wysłać na Bagdad, Kijów czy poszczuć na tych, którzy próbują naprawić Rzeczpospolitą.